Szukaj na tym blogu

czwartek, 5 stycznia 2017

"DZIECI PÓŁNOCY" - klejnot czy wydmuszka?

Na początku grudnia pisałam o książkach, które zamierzam przeczytać w najbliższym czasie. Post na ten temat znajdziecie TUTAJ. Wśród propozycji czytelniczych znalazły się między innymi "Dzieci Północy" Salmana Rushdie. Dzisiaj postaram się podzielić moją opinią o tej uznanej powieści. 

Na początek słów kilka o wydaniu, które moim zdaniem jest przepiękne: okładka, na której widnieje postać ślicznej dziewczyny, twarda oprawa, białe, grube kartki. Naprawdę z przyjemnością patrzy się i dotyka tej książki. 
No i w zasadzie tyle dobrego mogę o niej napisać: piękna książka, ale powieść kiepska. 
Ile ja się naczytałam recenzji: wspaniała, baśniowa, cudowna, monumenalne dzieło literackie, mistrzowska powieść. Nie ukrywam, że TAKIE opinie zachęcają do przeczytania. Dodatkowo powieść zdobyła Nagrodę Bookera oraz "Bookera Bookerów" dla najlepszej książki - laureatki w ciągu 25 lat istnienia tej nagrody, co wydawało mi się ogromną rekomendacją.
Nie pozostało mi nic innego jak zmierzyć się z tym arcydziełam. Zaczęło się więc czytanie, a raczej droga przez mękę! A droga ta nie była jakąś tam leśną dróżką! To ogromny, przepastny utwór, liczący sobie bagatela 664 strony! Czytałam ją więc jakieś cztery miesiące! Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że notorycznie mnie usypiała, przez co wiele fragmentów musiałam czytać dwukrotnie. Na moje nieszczęście nie mam w zwyczaju porzucać rozpoczętych książek, choć w tym przypadku kilka razy byłam tego bliska. Co mnie powstrzymywało? Ja naprawdę się łudziłam, że po przeczytaniu "Dzieci północy" pomyślę sobie że w sumie to naprawdę dobra książka, co zdarzało mi się np. w przypadku powieści Marqueza. No niestety tutaj nic takiego nie miało miejsca. 

Jaką historię autor na tych 664 stronach przedstawia? 
Rushdie przede wszystkim pokazuje nam losy powojennych Indii, przeplatające się z losami rodziny Salima Sinai, który przyszedł na świat 15 sierpnia 1947 roku jako pierwsze dziecko urodzone w Indiach niepodległych od Wielkiej Brytanii. Dalej losy Salima również przeplatają się z dziejami kraju. Mamy tu więc obraz opuszczania kraju przez kolonialistów, zamach stanu w Pakistanie, wojnę domową i powstanie Bangladeszu, stan wyjątkowy w Indiach czy likwidację bombajskich slumsów w ramach planu upiększania miasta Sanjaya Ghandiego. Na tle tych wydarzeń poznajemy losy chłopca, który w wieku 10 lat dowiaduje się, że posiada niezwykły dar - potrafi czytać w myślach innych ludzi. Dowiaduje się również, że wszystkie dzieci urodzone w pierwszej godzinie niepodległych Indii posiadają nadprzyrodzone moce. Największe zdolności mają dzieci urodzone najbliżej północy - główny bohater oraz Shiva - największy przeciwnik Salima. Shiva, w odróżnieniu od Salima, wychowuje się w biedzie choć w rzeczywistości jest zamienionym dzieckiem Aminy i Ahmeda Sinai. 
Tych dwóch poznaje się podczas Konfederacji Dzieci Północy czyli conocnych spotkań, w których biorą udział wszystkie dzieci posiadające nadprzyrodzone moce. Po latach, już jako młodzi mężczyźni spotykają się ponownie - Salim - idealista ze swym niezmiennym przeświadczeniem o misji budowania, tworzenia lepszego kraju i Shiva - jego brutalny i bezwzględny rywal, którego celem jest wojna, rozpad i zniszczenie.
Oczywiście opisałam główny wątek, bo tych pobocznych jest tak wiele, że nie dałabym rady. Po przeczytaniu tego utworu mam wrażenie, że głównym celem autora było pokazanie historii kraju, do której następnie próbował dopisać losy wykreowanych bohaterów. 

Na podstawie powieści "Dzieci Północy" w 2012 roku nakręcono film Midnight's Children wg scenariusza samego Salmana Rushdie. Oglądałam tylko trailer, nie mogę więc wypowiedzieć się na temat filmu. Wiem natomiast, że podobnie jak w przypadku pięknej okładki książki, kuszące sceny zwiastujące film mogą okazać się tombakiem. Dwa razy się zastanowię zanim drugi raz dam się zwieść, chociaż pokusa obejrzenia filmu jest dość silna a obraz wielokulturowych, wieloreligijnych i egzotycznych Indii w moim odczuciu bardziej sugestywny niż ten zawarty w książce. 
Mnie ta powieść niestety nie zachwyciła. Czytałam inne utwory Rushdiego - "Ziemia pod jej stopami" i "Czarodziejka z Florencji" i wydaje mi się, że były dużo lepsze. Zwłaszcza ta pierwsza, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. W przypadku tej drugiej, mimo mojego ogromnego wysiłku intelektualnego, nie potrafię napisać nic dobrego bo niestety nie mogę sobie przypomnieć o czym była. Pamiętam tylko, że miałam o niej dobre zdanie. 
Obawiam się, że mój romans z twórczością Rushdiego właśnie dobiegł końca. Trudno, do trzech razy sztuka!
Jak mówi znane indyjskie przysłowie: "Dziecko co się sparzy ryżem na mleku, będzie dmuchać nawet na zsiadłe mleko, zanim jeść zacznie". Idąc w myśl tej zasady, ja już nawet nie spojrzę na żadną powieść zacnie wyróżnioną Bookerem Bookerów, choćby miała 100 stron!    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz